sobota, 7 grudnia 2013

Ballerina

Ostatnio wróciłam do rysowania i takich tam podobnych. :) 
Jakość nienajlepsza – niestety nie rysuję na tablecie graficznym…
Rysowane ze zdjęciem: klik

sobota, 24 sierpnia 2013

Moje nowe włosy, czyli warto obcinać zniszczenia.

Wraz z rozpoczęciem wakacji i pracy, blog poszedł w odstawkę, ale mam nadzieję, że to się zmieni – choć nic nie obiecuję, bo różnie to bywa. Jak na razie blog jest młody, więc właściwie nie czuję większej odpowiedzialności za to, że znikam na ponad miesiąc. ;)

Dziś o moich całkiem nowych włosach. W tym poście pokazałam, jak wyglądają moje nowo obcięte włosy. Dość radykalna zmiana jak dla mnie pod każdym względem. 

Wspominałam już, ale jeszcze raz to zrobię, że od 13. roku życia nie miałam naturalnych włosów pod względem koloru. Farbowań było wiele, niektóre były robione "tak o, bo mi się nudzi". Raz nawet nałożyłam brązową farbę tylko po to, by dwa dni później zrobić farbowanie kolejną brązową farbą i nie pytajcie dlaczego, bo nie wiem.

Ostatnie farbowanie (na brąz) miało miejsce chyba w 2011 roku, czyli całkiem niedawno.

Wzbraniałam się przed każdym cięciem do granic możliwości. W efekcie niestety końcówki były cały czas rozdwojone (farbowanie plus uszkodzenia mechaniczne). Jeśli jednak podcinałam, było to max. 3 cm. Bo przecież zapuszczam, a to całkowicie wystarczy. Taaa, no ale nie wystarczyło. Tak wyglądały (przepraszam za obcięte zdjęcie):


Nawet kiedy zaczęłam świadomą pielęgnację włosów prawie rok temu, długo nie chciałam włosów ściąć. Tłumaczyłam sobie tym nieśmiertelnym "poczekam, aż urosną jeszcze z 7 cm i wtedy je zetnę 5 cm". Na szczęście znudziła mi się syzyfowa praca. Jasne, efekty pielęgnacji były, ale nie na farbowanej i zniszczonej połowie włosów, która została taka sama. Niestety, im dłużej zwlekamy, tym zniszczenia bardziej postępują, więc potrzebne było duże cięcie. 

Jak zmieniły się moje włosy? 

Dopiero po obcięciu wyszła na jaw ich struktura i kilkumiesięczna pielęgnacja przed ścięciem jak najbardziej się opłaciła, ponieważ zadziałała na pasma powyżej zniszczeń. Były już z automatu zdrowe i ładne. Teraz wystarcza mi tylko podtrzymywać efekty.



Konkrety: odkryłam, że moje włosy są średnioporowate w kierunku niskiej (wcześniej oczywiście farbowańce były wysokoporowate), mniej się strączkują oraz ogółem sprawiają bardzo mało problemów. Obecnie mój największy problem włosowy to niezbyt gęste włosy i wypadanie, więc ukierunkowuję się najbardziej na to oraz na odzyskanie długości. 

Chciałabym zachęcić wszystkie dziewczyny do nie zwlekania z podcięciem wszystkich zniszczeń, nawet jeśli są znaczne. Kiedyś i tak trzeba będzie to zrobić. No chyba, że akurat komuś zależy tylko na długości, a nie na jakości włosów (tego akurat nigdy nie zrozumiem).

Dziękuję za uwagę. ;)

sobota, 29 czerwca 2013

Bez paniki z tym Google Readerem, ale zapraszam na Bloglovin' :)

Słówko wyjaśnienia: Google Reader to nie jest lista czytelnicza, którą mamy na głównej stronie Bloggera i gdzie wyświetlają się posty obserwowanych przez nas blogów. Google Reader to czytnik RSS, który można znaleźć pod adresem http://www.google.com/reader/view/. Ten ostatni się z nami żegna 1. lipca. Lista czytelnicza to co innego i jak na razie zostaje... a opiera się ona na Google Friend Connect.

Co do Google Friend Connect, na razie podobno nic się nie zmieni, ale Google chce koniecznie i na siłę wypromować Google+, więc prawdopodobnie dojdzie do tego, że aby używać GFC, trzeba będzie mieć profil w Google+. Jestem z natury przekorna i niepokorna, więc do takiego wymogu nie dostosuję się na pewno, nie lubię Google+ i nie będą na mnie tego wymuszać. GFC jest związany z listą czytelniczą, więc tę listę pewnie szlag trafi, dlatego już jakiś czas temu przeniosłam obserwowane przeze mnie blogi do Bloglovin'. 

Na wszelki wypadek, zapraszam obserwatorów, jak i tych nie-obserwujących do dodania mnie na Bloglovin':

Follow on Bloglovin

Strasznie Google namieszało, beznadzieja. Pozostaje czekać na 1 lipca i na wszelki wypadek się zabezpieczyć. :) Niby lista czytelnicza i GFC zostaje, ale kto ich tam wie.

PS. Info wyczytane m.in. tu: klik. Umiem angielski płynnie, jednak na niewiele się to zdało w tym wypadku, i tak czuję się skołowana. 

piątek, 28 czerwca 2013

Serum Idealist, Estee Lauder – czyli efekt photoshopa.

Długaśna nazwa – Pore Minimizing Skin Refinisher – czyli na dobrą sprawę zmniejszacz porów w postaci serum.

Zakupiłam prawie rok temu w przypływie natchnienia, ciekawości i przede wszystkim gotówki. Dużo o nim wcześniej słyszałam/czytałam, postanowiłam wypróbować. Oczywiście nie łudziłam się, że moje pory znikną.



Może na początek skład:

Water, Cyclopentasiloxane, Dimethicone, Polysilicone-11, Acetyl Glucosamine, Sodium Lactobionate, Mulberry Root Extract, Yeast Extract, Saw Palmetto Fruit Extract, Wheat Germ Extract, Grape Fruit Extract, Scutellaria Baicalensis Extract, Chestnut Seed Extract, Green Tea Leaf Extract, Barley Extract, Lavender, Amorphophallus Konjac Root Powder, Caffeine, Laminaria Saccharina Extract, Tocopheryl Acetate, Clary Extract, Sodium Hyaluronate, Coriander, Grapefruit, Cholesterol, Glycerin, Ethylhexylglycerin, Squalane, Polyethylene, Isopentyldiol, Phenyl Trimethicone, Isohexadecane, Polysorbate-20, Pantethine, Methyldihydrojasmonate, Acrylamide/Sodium Acryloyldimethyltaurate Copolymer, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/VP Copolymer, Polysorbate-80, PEG-8, Ethyl-2,2-Dimethylhydrocinnamal, Phospholipids, Palmitoyl Oligopeptide, Butylene Glycol, Magnesium Ascorbyl Phosphate, Glyceryl Polymethacrylate, Sodium Glycyrrhetinate, Nordihydroguaiaretic Acid, Chlorphenesin, Phenoxyethanol, Limonene, Linalool, CI 77491/CI 77492/CI 77499/Iron Oxides, CI 77019/Mica, CI 77891/Titanium Dioxide

Taaak. Silikony. Kiedy kupowałam serum, nie miałam pojęcia czym one w ogóle są. Z jednej strony szkoda, bo gdybym wiedziała, to serum bym nie kupiła. A z drugiej strony, jak tytuł posta wskazuje, jest to doskonały photoshop dla skóry. Używam Idealista wieczorami, pod makijaż imprezowy albo w wyjątkowo pochmurne dni, czyli wtedy kiedy nie nakładam filtra na twarz. 

Po nałożeniu cera jest jedwabista i gładka, silikony odwalają niezłą robotę. Wygładzają się małe bruzdy i przynajmniej ja mam właśnie wrażenie, że ktoś mi przyłożył pędzel photoshopowy do twarzy. Nie wyrównuje jednak za bardzo kolorytu, więc podkład to dla mnie konieczność. 

Jako baza pod płynny podkład jest idealny, pod minerałki nie aż tak (pod to lepszy jest jakiś lekko tłusty krem), ale daje radę. W podkładzie cera wygląda już miodzio. 

Co do obietnic producenta, że oczyszcza pory i się ich pozbywa, to jest to bujda. Prędzej te silikony przy codziennym używaniu zapchałyby mi pory, ale co kto lubi. Jasne, w środku składu już są jakieś ekstrakty i bardzo fajne substancje, jednak nie poczułam ich działania. Być może niektórym pory po tym serum znikły, ja tam nie wiem. Oczywiście mówię o tym prawdziwym zniwelowaniu kraterów, a nie tylko optycznym. 

I w ogóle, co do samej nazwy, jakoby to było serum – ja bym to raczej nazwała bazą pod makijaż. Bardzo zresztą dobrą bazą pod makijaż. Muszę jeszcze dodać, że zapach jest przepiękny, uwielbiam cytrusy. 

Podsumowując, jak dla mnie zbyt drogi, abym powtórzyła w najbliższym czasie zakup, i ogólnie nie jest wart swojej ceny. Ale jak ktoś chciałby wypróbować, to polecam. Jeśli nie pomoże w zmniejszeniu  i oczyszczeniu porów, to przynajmniej będzie służył za świetną bazę.

PS. Tak, używałam też na początku codziennie, ale efektów nie dał. :)

niedziela, 23 czerwca 2013

Pianka myjąca NOAlab.

Dawno, dawno nie pisałam, ale niestety sesja to sesja, trzeba przez to przejść i nie ma innej opcji. Na szczęście prawie wszystko już za mną, więc zabieram się do recenzji.

Konsystencja pianki do mycia twarzy oczarowała mnie od pierwszego użycia. <3 Tak samo jak i zapach. W pierwszej chwili, przeglądając produkty NOAlab, chciałam zamówić płyn micelarny (akurat poszukiwałam czegoś do zmywania makijażu), ale gdy zobaczyłam, że jest dostępna pianka o zapachu pomarańczy i to również do demakijażu, to już nie chciałam słyszeć o niczym innym. Zapach jest delikatny i naturalny, nie jakiś landrynkowy i bardzo dobrze. 

Co do działania, pianka myje dobrze, ale nie super. Być może jest to wina tego, że pod makijażem mam zawsze filtr i całość jest ciężej zmyć. Mimo to po jednym myciu nie miałam uczucia dokładnego oczyszczenia. To mi jednak nie przeszkadzało, ponieważ i tak zawsze po demakijażu traktuję twarz mydłem. 

Produkt trzeba wykonać samemu, jest to baaaaardzo proste, trzeba po prostu przelać składniki do pojemnika i dokładnie wymieszać. 

Polecam mimo wszystko! Można kupić na stronie NOAlab

Nie mogę też nie wspomnieć o pięknym i – słowo klucz – estetycznym opakowaniu, w którym pianka przyszła. Przemyślane w każdym szczególe. Bardzo lubię takie detale, już od otwarcia uprzyjemniają użytkowanie.


PS. Przy okazji zmieniłam nagłówek. Pewnie od czasu do czasu będę to robić, lubię zmiany. ;)